Home PODRÓŻE Igdir – brama na Ararat

Igdir – brama na Ararat

dodał damian
0 komentarz

Budzik nastawiony na kilka minut po piątej, przerywa mój błogi sen – idę pod prysznic aby pomóc sobie się obudzić. Kawa i resztki baklawy, tym razem pełnią rolę śniadania.

Schodzę przed hotel, w międzyczasie gość z hotelu zamówił mi taksówkę. Czekając na taxi, przelatuję mi nad głową podchodzący do lądowania samolot – czy to możliwe że byłem tak zmęczony że nie obudził mnie ten hałas?

Taxi Stambuł – to trzeba przeżyć!

Podjeżdża moje taxi – muzyka wewnątrz dudni tępym basem jakiegoś radiowego hitu, kierowca zamiast przyciszyć mówi do mnie krzycząc, cóż ja dostosowuje się do przyjętego kanonu. Ustalamy cel i stawkę przekrzykując za głośno grające radio. Jedziemy w kierunku lotniska, wczoraj nic nie zarejestrowałem bo było już ciemno. Pisałem że jedziemy? Po minucie mam wrażenie że lecimy! Fiat Tipo, którego mój taksiarz pomylił chyba z Imprezą WRX, ryczy nie miłosiernie. Wchodząc w kolejne zakręty latam po tylnej kanapie jak worek z ziemniakami! Ja się pytam gdzie jest policja, gdzie są fotoradary?!? 😅

Moment opuszczenia żółtej strzały jest momentem zwycięstwa – wciąż żyję! Jak napisała jedna z moich Instagramowych znajomych: „nie zna życia ten, kto nie przeżył jazdy taksówką w Stambule!” – zgadzam się w pełni 😁🤣

Wchodzę do klimatyzowanego miasta. Lotnisko w Stambule to takie trochę miasto przyszłości zamknięte pod szklaną kopułą, która ma chronić przed skutkami katastrofy ekologicznej, atakiem zombie lub innych niechcianych gości.

Nie zauważyłem miejsca nadania bagazu rejestrowego i teraz staję przed wejściem do samolotu z plecakiem i worem w którym mam między innymi kije trekkingowe – tłumaczę że nie zauważyłem itp., luz – mogę wsiadać do samolotu z duffelem, ostatecznie jednak aby mnie nie kłopotać z tak dużym bagażem zabierają moja torbę wraz z dziecięcymi wózkami.

Jak zostałem opiekunką dzieci w samolocie

W samolocie komplet, obok mnie siedzi matka z małymi dziećmi, których bardzo interesuję moją inność – jakiś taki bledszy jestem do tego w krótkich spodenkach. Ledwo można rozpiąć pasy a pierwsze dziecko już wspina się po mnie. Na każdej szerokości geograficznej dzieci przekraczają granice, które ustaliliśmy – konwenanse mają w głębokim poważaniu i jeżeli chcą cię dotknąć to po prostu to robią. Próbuje ogarnąć sytuację, zakładam że ignorowanie z mojej strony zniechęci dzieciaki w dalszym zacieśnianiu kontaktu, nic bardziej mylnego. Uśmiecham się do matki z nadzieją na jakąś interwencję, odwzajemnia uśmiech coś mówi swoim narzeczu do mnie i starszego syna po czym wstaje i udaje się w kierunku toalety. Lekko zdezorientowany zastanawiam się co tutaj się wydarzyło? Rozglądam się wokół – luz nikogo nie dziwi ta sytuacja, po prostu ma teraz pod opieka dwóch nad aktywnych brzdąców. Po dwóch minutach mniejszy, ciągnie moją maskę i wkłada swoje małe palce do mojego nosa, gdzie ta matka? W końcu wraca, zabiera małego i coś tam mówi – nie wiem czy dziękuję za przypilnowanie dzieci, czy karci bo nie zmieniłem pieluchy młodszemu, nie wiem. Do końca lotu obaj na przemian wieszali się na moich udach, ewentualnie włazili na kolana. Dlaczego nie ma turbulencji???

Lotnisko w Igdir – witamy w Kurdystanie

W końcu jednak podchodzimy do lądowania. Lotnisko w Igdir jest małym, bardzo małym lotniskiem, próbuję się połączyć z Wi-Fi na lotnisku bez skutku, nie wiem czy Aga z biura Ararattrip.pl z którym zaplanowałem wejście przyjedzie po mnie czy mam zabrać taksówkę. W ramach walki z pandemią, władze w niedziele zabraniają mieszkańcom przemieszczać się bez konieczności. Kilka razy taksiarze próbują zgarnąć mnie, ja jednak uparcie twierdzę że czekam na transport. W końcu jednak postanawiam wziąć taxi, zagaduję do pierwszego wolnego kierowcy. Jego angielski ogranicza się do: „taxi”. Pokazuję gdzie chcę się dostać – szczęśliwie mam adres i nazwę hotelu.

Jedziemy, zdecydowanie wolniej niż w Stambule. Trochę jestem zaskoczony gdy mijamy pierwszy wojskowy checkpoint na drodze. Taki prawdziwy posterunek wojskowy z workami z piachem, wozem bojowym z wieżyczką strzelniczą na dachu i żołnierzami w pełnym rynsztunku z karabinem w dłoni. Pierwszego dnia robi to na mnie wrażenie, w kolejnych dniach staję się czymś normalnym jak policja z suszarkami.

W hotelu czeka na mnie Agnieszka, Polka, która kilka lat temu postanowiła zamieszkać we wschodniej Turcji i w wraz z mężem (Kurdem) założyli agencję trekingową. Melduję się w hotelu, z dachu którego można podziwiać Ararat. Umawiamy się z Agą, że lekko się ogarnę i idziemy coś zjeść. Bo pandemia, pandemią ale knajpy są otwarte 😁

W kolejnych godzinach mają pojawić się kolejni członkowie teamu, pierwszy dociera kolega z Austrii, który podobnie jak ja leciał ze Stambułu dzisiaj, tylko wybrał lot do Agri (nasze samoloty startowały o tej samej porze i nawet “boarding” mieliśmy obok siebie).Lot do Agri był kilkanaście minut dłuższy i droga z lotniska to ponad 2 godziny, stąd to ja zameldowałem się pierwszy w Igdir – naszej bramie na Ararat.

Miasto Igdir i bociany

W oczekiwaniu na ostatnie członkinie, bo tak się złożyło że poza mną i kolegą z Austrii, Ararat będą zdobywać również 2 dziewczyny, wybieram się połazić po mieście. Covid, covidem ale turyści po mieście mogą chodzić. Lokalsi jak wspomniałem powinni pozostawać w domu i wychodzić tylko na zakupy lub w innych ważnych celach, stąd kilkukrotnie mijam ludzi spacerujących z chlebem pod pachą – takim chlebem-przepustką.

Samo miasto jest placem przebudowy, co rusz trafiam na jakieś rozkopane chodniki – prace remontowe wzdłuż dróg i chodników przebiegają w odmienny sposób niż w Polsce. Nie jestem budowlańcem ale organizacja pracy wygląda zupełnie inaczej – koparka która jak się domyślam kopie rów pod instalację elektryczną łyżką przebija się przez całkiem dobre płyty chodnikowe i zrzuca je na „kupę”: następnie inni budowlańcy wyciągają te płytki które ocalały po starciu i odkładają je na bok.

Wzdłuż głównej ulicy tumany kurzu i miejski skwar. Temperatura nie jest jakoś szczególnie wysoka, jednak asfalt i beton skutecznie podnoszą odczucie wysokiej temperatury. Do tego burza wisi w powietrzu. Miasto słynie z licznie gniazdujących bocianów. Bociany stały się wizytówką miasta, na wjeździe witają nas kilkumetrowe „posągi” tych charakterystycznych ptaków. W innych częściach miasta również znajdziecie mniej lub bardziej kiczowate instalacje poświęcone bocianom, dopiero po powrocie do Polki pomyślałem, że ciekawie byłoby zobaczyć je wszystkie i stworzyć mini przewodnik dla osób przyjeżdżających do Igdir – jak krasnale we Wrocławiu lub Bachusy w Zielonej Górze.

Wychodząc miałem również nadzieję znaleźć jakieś miejsce gdzie zjem burka lub coś podobnego. Od dwóch dni żywię się głównie kawą, baklawą i i innymi deserami, nawet nawet dla mnie to już za dużo tych słodkości. Zjedzenie czegoś bez mięsa i niebędącego równocześnie czymś słodkim jest nie lada wyzwaniem (zupa z soczewicy jest wyjątkiem). Znajduję w końcu jakąś „burkownie” (tradycyjne piekarnie są zamknięte) – wykupuje końcówki wszystkiego co jest bez mięsa i nie jest słodkie – nie ma tego za wiele ale poczuć słony smak, ciągnącego się sera to miła odmiana. Rozsiadam się na pierwszej lepszej ławce i zaczynamy piknik, gdzieś nad dachami miasta majaczy szczyt Araratu.

Najedzony ruszam dalej przed siebie, chodząc bez celu docieram nawet do miejsca gdzie stoją wspomniane bociany na wjeździe do miasta – znaczy dalej nie ma po co już iść. Z bliska te bociany są jeszcze bardziej kiczowate, niż wtedy gdy widziałem je przez szybę taksówki. Aby podejść trzeba uważać tylko na samochody, bo stanowią one element ozdobny skrzyżowania. Kilkumetrowe bociany i Ararat w tle, stanowią dość oryginalne połączenie.

Wojsko z bronią na ulicach

Niespiesznie wracam do hotelu, dziewczyny z naszej ekipy pewnie już dotarły. Miasto wydaje się być wymarłe, poza kilkoma spacerowiczami z chlebem pod pachą i budowlańcami spotykam nielicznych ludzi. Czuję że jestem obiektem życzliwego zainteresowania, parędziesiąt metrów przed hotelem przechodząc przez drogę zatrzymuje się obok mnie opancerzony wóz (bardzo podobny do polskiego AMZ Żubr). 😵Wyciągam paszport, żołnierz pokazuje że nie jest potrzebny i pyta tylko skąd jestem. Odpowiadam, że z Polski, wszyscy w wozie powtarzają: “Poland O.K. Poland O.K.”, uśmiechają się, kciuki w górę, jeden przyjaźnie macha ręką w której trzyma karabin. Nie mówią po angielsku, więc ja również odpowiadam całym sobą że jest tutaj super, pięknie i takie tam. Pokazuję aparat i pytam czy możemy sobie fotę zrobić, pokazują ze smutkiem, że nie można. Przybijam piątkę z kierowcą i samochód powoli odjeżdża.

Skąd przyszedł mi do głowy pomysł żeby pytać o zdjęcia z żołnierzami, łapię się również na tym jakie wrażenie robią na mnie uzbrojeni żołnierze na ulicach i czy można przyjaźnie machać ręką w której trzyma się karabin? Ot rozterki człowieka żyjącego w innej rzeczywistości.

W hotelu cała ekipa już w komplecie, dziewczyny mimo że mieszkają na południu Turcji, pochodzą z Litwy. Jedna z nich świetnie mówi po polsku i po kilku minutach rozmowy okazuje się że mamy nawet wspólnych znajomych 😄

Po kolacji, udajemy się na spoczynek, wszyscy jesteśmy zmęczeni trudami podroży a jutro rozpoczynamy nasz trekking na najwyższy szczyt Turcji. Przed snem idę jeszcze na dach pogapić się na Ararat. Jest gorąco, dla mnie za gorąco.

podobne wpisy

Dodaj komentarz