Home MOJE WYPIĘTRZONE MARZENIAARARAT Ararat wejście na szczyt świętej góry Ormian #GóraArarat 4

Ararat wejście na szczyt świętej góry Ormian #GóraArarat 4

dodał damian
0 komentarz

Cóż może być bardziej ważnym powodem aby się obudzić niż udać się za kamień. Noc jeszcze ciemna więc nie muszę zastanawiać się czy kamień jest wystarczająco duży. Wracam do namiotu, sprawdzam jest po 1 w nocy, nie ma sensu zasypiać bo za chwilę i tak trzeba będzie wstawać. Wyciągam czytnik, w sąsiednich namiotach słyszę, że zaczyna się „poranna” krzątanina. Tak sobie leżę i cieszę się że jest nas tak mało w grupie i mamy z kolegą z Austrii osobne namioty bo duże ilości zupy soczewicowej, którą wczoraj tak chętnie się zajadałem mogła by teraz wywołać dyskomfort u każdego z osobna. Ararat wejście na szczyt czas zacząć.

Minuty mijają szybko, przychodzi pora aby wstać i udać się do mesy na wczesne śniadanie, odebrać porcje kalorii na drogę i uzupełnić termos gorącą herbatą. W mesie każdy dostaję raki, upycham je do plecaka bo użyte będą dopiero w okolicach szczytu. Nasz przewodnik przeprowadza krótką prezentację jak należy je prawidłowo nałożyć – raki są uniwersalne koszykowe, więc pasują praktycznie do każdego buta.

 Apropos butów, dzisiaj swój debiut zaliczą moje nowe buty Chiruca. Dotarły do mnie dzień przed wyjazdem i dopiero dzisiaj będę miał okazję je sprawdzić w akcji – buty są wsparciem sponsorskim od dystrybutora marki Chiruca w Polsce.

Tańcząc w ciemnościach na stokach Araratu

Gotowi, wynurzamy się z mesy i powoli zakosami w świetle czołówek idziemy w górę. Pierwsze metry dość sztywno, resztki snu odchodzą w niepamięć. W tym samym czasie, w górę wyrusza duża polska grupa z którą będziemy wyprzedzać się na całej długości ataku szczytowego. Jak wspomniałem jest jeszcze ciemno, gdzieś w dole mrugają światła miasta i okolicznych wsi. Jest chłodno ale nie mogę powiedzieć żeby było zimno. Mój zestaw składający się z koszulki merino, bluzy i kurtki gore jest aż nadto ciepły. Kurtka ląduję w plecaku.

Powoli wstaje dzień, Ararat rzuca ogromny trójkątny cień na okolice. Kilkukrotnie zatrzymuję się pogapić się na ten spektakl a potem podbiegam kilkanaście/kilkadziesiąt metrów w górę aby dogonić moich towarzyszy. Zdecydowanie aklimatyzacja przebiegła prawidłowo, czuje się dobrze i energetycznie jak widać tez jest super. Oczywiście czuję, że te kilka metrów podbiegu wymaga ode mnie znacznie większego wysiłku, ale jesteśmy już ponad 4700 m n.p.m.

Co jakiś czas wyprzedzamy się z polską ekipą, nasze przerwy na zdjęcia i łyk herbaty nie pokrywają się. Dopiero sygnał „nałożyć raki” zatrzymuje nas w tym samym czasie i miejscu. Śniegu może nie ma za wiele, ale zrobiło się zdecydowanie zimniej ze względu na wiatr. Przeprosiłem się z kurtką i dochodzi do mnie że mam za cienkie rękawiczki. Raki ubieram gołymi rękami bo w rękawiczkach nie mogę sobie poradzić z paskami i klamerkami. Pomagam pozostałym uporać się z rakami – dla niektórych jest to pierwszy kontakt z tym sprzętem.

Na Górze Ararat bywa jednak zimno

Po wszystkim próbuję ogrzewać zesztywniałe z zimna dłonie w pachwinach, boli jak cholera, znaczy mocno zmarłem w palce.

Ruszamy dalej, tempo spadło, wiatr wieje coraz mocniej. Ręce mimo, że w rękawiczkach chowam w kieszeniach kurtki. No dobra, tym razem nie zabezpieczyłem wystarczająco kwestii zimowych rękawic – w ostatnim momencie wyjąłem je z torby przed wyjazdem, stwierdzając że ulubione cienkie rękawice techniczne wystarczą. Nie wystarczyły. Na szczęście podejście jest łatwe i nie wymaga żadnych operacji rękami. Można ręce trzymać w kieszeni. Kilka osób ma naciągnięte na rękawiczki grube skarpety, znaczy nie tylko ja miałem “genialny” pomysł aby nie zabierać ciepłych rękawic.

Po przekroczeniu pięciu tysięcy metrów wieje naprawdę mocno, słońce już dawno wstało i mimo, że wydaje się mocno operować nad naszymi głowami nie czuję nawet odrobiny jego ciepłych promieni.

Szczyt jest na wyciągnięcie ręki, siła wiatru przybiera na sile. Okulary są O.K. ale zdecydowanie lepiej sprawdziły by się gogle, tych zupełnie nie rozważałem jako część ekwipunku.

Co jakiś czas czuję na sobie uderzenia drobinek lodu i zmarzniętego śniegu, które podrywa wiatr. Ostatnie kilkadziesiąt metrów przed szczytem, naprawdę mocno wieje. Zapomniałem że zmarzłem w palce, próbuje ustać na nogach i nie dać się porwać przez wiatr.

Ararat wejście na szczyt

Zamykamy stawkę, niespiesznie podchodząc na kopułę szczytową, dziewczyny z naszej grupy wykonały niesamowitą pracę, wręcz nieludzką, przekraczając własne ograniczenia w drodze na Ararat. Jestem pełen podziwu dla nich, przyznaję że w pierwszym momencie nie załapałem nawet gdy dotarłem na szczyt, tak bardzo skupiony byłem na nich. Na szczycie zbiliśmy się w kupę aby ograniczyć ekspozycję na huraganowy wiatr, który bezlitośnie chłostał każdy centymetr naszego ciała. Przybijamy piątki, szybkie foty. Nie ma mowy o herbatce na szczycie.

 

 

Na najwyższym szczycie Turcji: Góra Ararat 5 137 m n.p.m.

Wszyscy zdobywcy szybko opuszczają kopułę szczytową, dociera do mnie że jestem na szczycie. Postanawiam zostać tutaj chwilę i pocieszyć się sukcesem. Zapętlam plecak wokół pręta wyznaczającego szczyt – notabene pręt sterczy na wysokości ponad metra nad ziemią, poruszam się ostrożnie wokół niego bo nie chcę się na niego nadziać – zasady BHP nie są tutaj zachowane. Próbuje się ogarnąć, wyciągam aparat i miśka aby zrobić pamiątkowe zdjęcie ze szczytu, uwierzcie nie jest łatwo! Misiek-brelok zawieszam na wspomnianym pręcie, powiewa niczym flaga. Wydaje się że zrobiłem kilka fotek.

Wszyscy są już kawałek od kopuły szczytowej, nasz przewodnik macha czy żyje, odmachuję że jest O.K. Jestem już blisko zrobienia zdjęcia. Kilkudziesięciu sekundowa kontemplacja jak jest pięknie wokół, pakuje majdan i zbiegam w dół.

Doganiam resztę mojego zespołu, robimy jeszcze jakieś pamiątkowe foty ze szczytem w tle. Poniżej 5k jest zdecydowanie cieplej i wiatr urywający głowę, jest tylko wspomnieniem. Zmrożony śnieg ustępuję coraz bardziej mokrej brei, dobry moment aby ściągnąć raki. Wykorzystuję każdą okazję aby poślizgać się w śniegu, raz że szybciej, dwa zrobiło się za ciepło – no nie dogodzisz!

No i głodny jestem a nie mam ochoty na słodycze.

Zestaw regeneracyjny: szybkie zejście, gorąca zupa i krótki sen

Po półtorej godziny od rozpoczęcia zejścia melduję przy mesie, tam już czeka zupa z soczewicy 😂 Obóz mamy opuścić za około 2 godziny, przebieram się w mój letni strój, naciągam na oczy opaskę do spania i zasypiam snem sprawiedliwego.

Budzą mnie odgłosy składania obozu i temperatura w namiocie, która zrobiła się zdecydowanie zbyt wysoka. Rozespany składam ubrania rozrzucone bez ładu w namiocie, potem przychodzi czas na namiot. Słońce grzeje mocno, za mocno co zdecydowanie nie pomaga w zbieraniu się. W końcu jednak gotowi ruszamy w dół, czuję się dobrze, powiem nawet, że nie czuję zbytnio trudów wejścia sprzed kilku godzin.

Słońce przypala zdecydowanie za mocno, zaczynam trochę tęsknić do lodowatych podmuchów. Postanawiam że w obozie pierwszym skorzystam z nagrzanej wody w beczkach i zrobię sobie mały prysznic. Mnogość ścieżek sprawia, że wybieram wersję ciut dłuższą niż planowałem – nie mniej nadal nikogo nie ma, poza psem stróżującym. Początkowo jego szczekanie nie brzmiało przyjaźnie i poczułem delikatny dyskomfort ale ostatecznie albo mnie pamiętał albo po prostu wszystkich lubi i pozwolił mi wejść na teren naszego obozu. Wydaje się że mam sporą przewagę czasową, więc nie marnuję czasu, rozbieram się jak do rosołu (zupełnie nie rozumiem tego powiedzenia) i biorę funduję sobie orzeźwiający prysznic. Woda w beczkach nie była aż tak nagrzana jak sobie to wyobrażałem ale zmycie z siebie warstwy kurzu i potu było oczyszczające dosłownie i w przenośni, domykając w pewien sposób moją przygodę z najwyższym szczytem Turcji.

Teraz tylko poczekać na resztę susząc się i grzejąc jednocześnie w promieniach słońca. Resztę dnia spędziłem leniuchując na macie. Czas w obozie płynie inaczej, leniwe machanie nogą z czytnikiem w ręku i widokiem na ośnieżony szczyt Araratu, działa kojąco. Problemy, zmartwienia? A co to takiego?!?

podobne wpisy

Dodaj komentarz