Home MOJE WYPIĘTRZONE MARZENIAARARAT Koniec przygody na Araracie, Pałac Ishaka Paszy #Góra-Ararat 5

Koniec przygody na Araracie, Pałac Ishaka Paszy #Góra-Ararat 5

dodał damian
0 komentarz

 

Dzisiaj jest mój ostatni dzień na Araracie. Ostatni raz wychylając się z namiotu mam prawie na wyciągnięcie ręki szczyt Araratu. Ostatnie śniadanie, tutaj przyznaję że mam trochę dość słodkich ciastek i ciasteczek, ale w zupie soczewicowej się zakochałem.

W obozie panuję totalny luz, niespiesznie pakujemy się i ruszamy w dół do miejsca w którym ma nas zabrać bus do cywilizacji.

Z kolejnymi metrami w dół, przypominam sobie, że jestem w Turcji na początku czerwca – jest gorąco, zbyt gorąco. Okazuje się, że dzisiaj również trafiliśmy na polską ekipę i znów wyprzedzamy się wzajemnie co jakiś czas, tyle tylko że tym razem idąc w dół.

Fauna na Araracie

Na kilku przystankach zbieramy zioła, które przyjadą ze mną do Polski. Oczywiście znów konie i owce stają się głównym tematem zdjęć. Biegając po zboczu Araratu znajduję starą podkowę – oczywiście zabieram ją ze sobą, to mój souvenir.

Jest naprawdę gorąco, coraz częściej pojawiają się jaszczurki takie mniejsze i większe – niestety nie lubią się fotografować. Oczywiście są też konie – te już zawsze będą kojarzyć mi się z Araratem.

Zataczając pętle

Docieramy na miejsce skąd wyruszaliśmy kilka dni temu z celem wejścia na najwyższy szczyt Turcji i drugi co do wysokości wulkan Azji. Arki co prawda nie znalazłem ale było fantastycznie. Poczuć tą moc, poczuć że te kilometry i godziny treningów przynoszą efekty. Ararat był testem, informacją zwrotną jak idzie, gdzie jestem na mojej sportowej ścieżce. Jest dobrze! Od wejścia na Kilimandżaro 2 lata temu wykonałem sporo pracy i teraz czuję efekty, przede wszystkim nie mam już nadwagi (wchodząc na Kili, mniej niż 2 kilogramy dzieliły mnie od przedziału gdzie wg BMI mówimy o otyłości).

Trochę powiało licznymi treningami (Strava) a nawet może jakimś liczeniem kalorii, ale spokojnie jest czas na trening i jest czas na świętowanie. Wiem, że po dotarciu do hotelu biorę długi prysznic, ubieram „cywilne” ubranie i ruszam w miasto, znaleźć kantor a potem piekarnię z burkiem i czym tam jeszcze znajdę 😎

Po drodze do hotelu, robię trochę zdjęć, banan z twarzy mi nie schodzi. Checkpointy po drodze już zupełnie nie robią na mnie wrażenia – ot, wchodzi żołnierz z karabinem powiedzieć: „hello”

Pałac Ishaka Paszy(tur. İshak Paşa Sarayı, kurd. Qesra Îshaq Paşa)

Czas na dodatkowe atrakcje, przewidziane w ramach wyjazdu na Ararat: Pałac Paszy i muzeum Arki Noego. Wcześniej jednak idziemy coś zjeść – ja zgodnie z założeniem wcześniej zjadałem nieprzyzwoicie dużo burków z serem, zapijając to Ajranem, więc w restauracji ograniczam się tylko do deseru i napoju na bazie kwaszonej rzodkwi.

Zwiedzanie Pałac Ishaka Paszy i muzeum Arki Noego – takie „must see” będąc w okolicach. Do pałacu przyjeżdżamy kilkanaście minut przed zamknięciem, szybkie zwiedzanie – nie jestem przesadnym fanem zwiedzania budowli, zazwyczaj wystarczy mi widok z zewnątrz,tutaj w zasadzie było podobnie. Pałac to warowna budowla, znajdująca się na wysokości ok. 2000 m n.p.m. na płaskowyżu ponad miastem Doğubayazıt. Na miejscu obecnego pałacu istniały już wcześniej warownie, między innymi Utartyjczycy czy Seldżucy. Warownia w obnecnej formie została wzniesiona na przełomie XVIII i XIX wieku staraniem wodza miejscowych plemion İshaka Paşy (stąd nazwa)

Nowożeńcy z Azerbejdżanu

Dla mnie jednak największą atrakcją w Pałacu byli nowożeńcy, którzy przyjeżdżają na sesje ślubne z sąsiedniego Azerbejdżanu. Może jestem ignorantem ale zdecydowanie ciekawsze były dla mnie te pary małżeńskie ze świtą niż sam Pałac Paszy.

Co może być ciekawego w nowożeńcach? Przede wszystkim suknie pań młodych i pozostałych żeńskich członkiń świty – pan młody i reszta występowała w mniej lub bardziej discopolowych wersjach garniturów. W strojach młodych żon nie ma mowy o klasycznej bieli, jest kolor, cekiny, złoto – na bogato! Do tego makijaż, nie wiem czy to jeszcze makijaż czy już face painting.

Krótki przejazd przez kurdyjskie tereny pasterskie

Z pałacu Pashy ruszamy dalej do muzeum Arki Noego. Agnieszka nasza organizatorka wybiera dla nas trasę przez tereny na których latem mieszkają pasterze z całymi rodzinami. Nasz klimatyzowany bus rozbrzmiewa muzyką kurdyjska, która dopełnia magii krajobrazów za szybą. Kierowca nie zauważa skrętu i trafiamy do jakiejś wioski na końcu świata, gdzie kończy się droga . Zanim bus znajduję dogodne miejsce aby zawrócić wyskakujemy na chwilę aby rozprostować kości, ja latam z aparatem.

Jedziemy dalej, ja z nosem przyklejonym do szyby, czekam aż gdzieś się w końcu zatrzymamy – jest pięknie – myślę sobie że ta droga byłaby fantastycznym pomysłem na rower. W końcu się zatrzymujemy, gdzieś w polu, jest po prostu bardzo malowniczo i jeszcze to światło popołudniowego słońca. Fascynują mnie namioty pasterzy – idę więc kawałek w pole aby je zobaczyć z bliższa ewentualnie jeżeli się zgodzą może zrobić zdjęcie. Poznaję starszego gospodarza, świetnie mówi po angielsku, zdecydowanie lepiej niż ja. Rozmawiamy o pogodzie i pięknie regionu. W międzyczasie proponuje czy chcę się napić wody bo jest ciepło (w moich kategoriach gorąco), o niczym innym szczerze nie marzę, kawałek dalej jest ujecie wody, w którym lokalsi napełniają swoje butle, wiaderka i inne pojemniki na wodę, by następnie zanieść lub zawieść je do swoich namiotów.

Piję wodę z bukłaka, który podała mi jedna z kobiet napełniających swoje pojemniki. Są momenty kiedy smak wody jest wyjątkowy, to właśnie ten moment. Wyznaję, zasadę że jeżeli lokalsi czegoś używają, jedzą lub piją i nie wygląda to zbyt podejrzanie i nie przekracza moich osobistych norm sanitarno-epidemiologicznych to korzystam z tego. Wielu zapewne powie, że to ryzykowne – być może, nie namawiam.

Chyba tą swoją otwartością na propozycję skorzystania z wodopoju w jakiś sposób, zaskarbiam sobie życzliwość gospodarza, bo zaprasza mnie do obejrzenia tego jak żyją, do zobaczenia ich namiotu. Nie musi powtarzać dwa razy, maszeruję za nim zachwycony, towarzyszy mi kolega z Austrii i „nasz” człowiek z busa.

Namiotowe domostwo składa się z kilku samodzielnych namiotów: sypialnego, kuchennego i czegoś jakby salonu. Nasz gospodarz opowiada o prostocie życia, przedstawia swoją rodzinę: żonę i córkę, proponuje wspólne zdjęcie. Ja w swoich pasiastych spodenkach, być może trochę odstaję. Na koniec uścisk dłoni, nie do końca wiem co mogę a co będzie naruszeniem etykiety, więc kłaniam się kobietom. Żona jednak podaje mi rękę, córka nie 😅

Czas wracać do busa. Muzeum okazuję się zamknięte – nie mniej, zachodzące słońce cudnie maluje niebo nad Małym Ararat i Ararat tworząc piękny spektakl. Wracamy do Doğubayazıt – czas na oficjalne zakończenie wyprawy i kolacją na wypasie.

Muzeum Arki Noego i zachód słońca nad Araratem

A na koniec Kurdyjska pizza

Specjalnością restauracji w Doğubayazıt są mięsa, jako niejedzący mięsa od prawie 20 lat nie wypowiem się za dużo w temacie mięs ale mogę powiedzieć tylko, że moi towarzysze byli zachwyceni. Ja skusiłem się na vege kurdyjską pizzę – tutaj mogę z czystym sumieniem polecić bo była rewelacyjna. Ku zdziwieniu reszty ekipy zjadałem aż dwie. 😋

Pełny, no dobra trochę przejedzony wytaczam się z restauracji czas wracać do hotelu – jutro każde z nas wraca do swojego świata.

Nie mogę zasnąć, jest koszmarnie gorąco a klimatyzacja wydaje się przestała chłodzić, otwarcie okien niczego nie zmienia. Gdy już zasnąłem nad ranem wybudza mnie wezwanie muezina. Przewracając się z boku na bok, trochę śpię, a trochę śnię o pięknym Araracie.

podobne wpisy

Dodaj komentarz