z archiwum Gumisiowej Korony Gór: 16-17.02.2005
Noc w Jaskini Niedźwiedziej w Beskidzie Sądeckim. Urodziny pod ziemią 16 i 17 lutego 2005 roku
W lutym 2005 roku z Tomkiem zeszliśmy do Jaskini Niedźwiedziej pod Wierchem nad Kamieniem i zostaliśmy tam na noc. Nie byliśmy grotołazami, nie mieliśmy też potrzeby udowadniania czegokolwiek światu. Mieliśmy śpiwory, karimaty, kilka wcześniejszych wizyt w jaskini
i pomysł na urodziny, który po latach nadal brzmi ciekawie.
Z Barnowca pod ziemię
Do Barnowca dotarliśmy autostopem, który był wtedy naszym dość regularnym środkiem transportu. Z doliny podchodziliśmy w stronę Wierchu nad Kamieniem. Jaskinia leży niedaleko Głównego Szlaku Beskidzkiego, ale nasze wejście nie miało wiele wspólnego ze spacerem znakowaną ścieżką. Zima trzymała powierzchnię w mrozie i śniegu, my zaś szliśmy w miejsce, gdzie pogoda miała wkrótce stracić większość swoich praw.
Jaskinia Niedźwiedzia powstała w szczelinach osuwiskowych. Nie ma nacieków (stalaktytów, stalagmitów czy stalagmitów), ma za to ciasne korytarze, błoto, ruchome kamienie i pionowe odcinki. Odkryto ją w 1988 roku, a nazwa pochodzi od znalezionych wewnątrz kości niedźwiedzia. Kilka razy wcześniej zaglądałem do środka, znałem więc część przejść. Taka znajomość daje pewność, ale ma też drobny skutek uboczny: człowiek zaczyna uważać, że skoro był tu wcześniej, jaskinia powinna pamiętać go równie dobrze.
Urodziny z karimatą
Przy wejściu przebraliśmy się w ubrania, których nie było szkoda. Czyste rzeczy schowaliśmy do plecaka. Do środka zabraliśmy plecaki, karimaty i śpiwory. Bagaż potrzebny do noclegu natychmiast zaczął przeszkadzać w dotarciu na nocleg, co jest dość elegancką zasadą wielu wypraw: sprzęt pomaga najbardziej wtedy, gdy już przestanie ciążyć.
Pierwsze korytarze były błotniste, niskie i niewygodne. W ciaśniejszych miejscach plecak zaczepiał o skałę, a człowiek szybko tracił złudzenie, że porusza się z jakąkolwiek godnością. Posuwaliśmy się jednak sprawnie. Znałem drogę, czułem się swobodnie, a wcześniejsze wizyty odbierały ciemności część obcości. W kilku miejscach asekuracja byłaby rozsądnym wyborem. Wtedy opisałbym to zapewne krótkim zdaniem i szybko przeszedł dalej. Dzisiaj zostawiam przy tym zdaniu trochę więcej miejsca.
Nie byliśmy grotołazami. Mieliśmy górskie doświadczenie, lecz jaskinia nie jest górą odwróconą do środka. Rządzi się własną geometrią, własnym rodzajem ekspozycji i własną konsekwencją błędu. To ważne dopowiedzenie, bo wspomnienie przygody łatwo wygładza krawędzie. Po latach człowiek pamięta światło latarek i smak wyprawy.

Komnata z wpisem
Na nocleg wybraliśmy miejsce, które zapamiętałem jako komnatę z wpisem. Znajdował się tam notes, w którym można było odnotować swoją obecność. W późniejszych opisach jaskini nie znalazłem tej nazwy, być może więc należała do lokalnej topografii pamięci. Dla nas była wystarczająco konkretna: prawie najgłębsza część dostępnego systemu, kilka metrów skały więcej między nami a zwykłym światem i przestrzeń, w której dało się rozłożyć karimaty.
Najpierw ułożyliśmy z kamieni platformę do spania. Przypominało to puzzle, tyle że elementy nie zamierzały tworzyć równego obrazka. Położyliśmy karimaty, weszliśmy do śpiworów i przez chwilę udawaliśmy, że podłoże jest całkiem wygodne. Kamienie szybko wyjaśniły różnicę między umową a rzeczywistością. Wierciliśmy się w prawo i lewo, szukając pozycji, w której skała nie prowadziłaby z kręgosłupem osobistych negocjacji.
Noc bez nocy
Kiedy zgasiliśmy latarki, pojęcie nocy straciło sens. Pod ziemią nie robi się ciemniej po zachodzie słońca ani jaśniej o świcie. Ciemność nie przychodzi stopniowo. Jest od razu kompletna, jakby ktoś odłączył nie lampę, lecz cały zmysł. Przez kilka pierwszych minut mózg szuka punktu zaczepienia. Potem zaczyna urządzać się w braku danych i traktować nierealny świat jak chwilowe mieszkanie.
Czasem wydawało mi się, że przed oczami pojawiają się krótkie błyski. Mogły być powidokami, fosfenami, skutkiem zmęczenia albo pracą układu nerwowego, który nie lubi pustych ekranów. Znacznie wyraźniej pamiętam dźwięki. Oddech i bicie serca, zwykle ginące wśród rozmów, kroków, wiatru i ruchu, stały się zaskakująco głośne. Ciało przypomniało o sobie nie bólem, lecz samą obecnością.
Najbardziej osobliwy był spokój. Nad głowami mieliśmy tony ziemi i skał, a na powierzchni śnieg i mróz. W komnacie temperatura utrzymywała się kilka stopni powyżej zera. Ciemność działała kojąco, jakby odcinała nie tylko światło, lecz także część spraw, które na powierzchni domagają się odpowiedzi. Byłem schowany we wnętrzu góry i przez chwilę odbierałem to bardziej jako ochronę niż zamknięcie. Rozsądek mógłby zgłosić kilka uwag do tej interpretacji, ale rozsądek również leżał na nierównych kamieniach i próbował zasnąć.
Czwarta rano
Nie wyspałem się. O czwartej rano uznaliśmy, że czas rozpocząć wychodzenie. Byłem skostniały, zmęczony i znacznie mniej sprawny niż kilka godzin wcześniej. Przeszkody, które podczas zejścia pokonywałem bez większego namysłu, teraz wymagały większej koncentracji i siły. Korytarze się nie zmieniły. Zmienił się człowiek, który miał przez nie przejść.
To jedna z najuczciwszych lekcji tamtej nocy. Trudność nie mieszka wyłącznie w skale. Powstaje między terenem a aktualnym stanem ciała. Wypoczęty człowiek i człowiek po nieprzespanej nocy mogą patrzeć na ten sam próg skalny, lecz nie stoją przed tym samym zadaniem. W górach czasem długo próbujemy negocjować z tą oczywistością. Skała zwykle zachowuje spokój i czeka, aż skończymy.
Pochmurny dzień pełen światła
W końcu stanęliśmy na powierzchni. Dzień był pochmurny, a mimo to wydawał mi się niezwykle jasny. Po godzinach bez żadnego punktu świetlnego zwykła szarość odzyskała intensywność. Śnieg, drzewa i niebo nie stały się piękniejsze niż dzień wcześniej. To wzrok wracał do świata z obniżonym progiem zachwytu.
Brud można było zdjąć razem z warstwą odzieży, zmęczenie zabrać do domu, a całą historię po latach opowiedzieć znacznie równiej, niż przebiegała. Tak działa pamięć podróżnicza: błoto wysycha, kamienie przestają uwierać, za to światło po wyjściu świeci coraz mocniej.
Do dziś nie wiem, czy była to rozsądna impreza urodzinowa. Wiem, że była moja.
Po latach
Nie traktuję tej opowieści jako instrukcji nocowania w jaskini. Jaskinia Niedźwiedzia ma ruchome kamienie, pionowe fragmenty i miejsca, w których brak asekuracji może mieć poważne konsekwencje. Wracam do niej dlatego, że dobrze przechowuje pewien rodzaj młodości: ciekawość większą od wyposażenia, zaufanie do własnego doświadczenia i gotowość, by sprawdzić, jak brzmi świat po wyłączeniu światła. Z czasem do ciekawości dołączyła ostrożność. Na szczęście jedna nie musi zabijać drugiej.
Metryczka
Lokalizacja: Beskid Sądecki, okolice Wierchu nad Kamieniem
Długość: 611 m (dostępne 340) m
Głębokość: 28 m
Deniwelacja: 28 m
Wysokość otworów: 983 m n.p.m.
Data odkrycia: 21 września 1988 roku



































































































Zdjęcia zrobione, czas schodzić. Słońce miło przygrzewa – droga w dół mija nam szybko. Z miejsca naszego noclegu, zabieramy duże plecaki i oglądając się co jakiś czas żegnamy się z norweskim Mattehornem. W samochodzie przebieramy się i ruszamy dalej, musimy znaleźć miejsce na nocleg – jutro kolejne górskie i nie tylko atrakcje 😊 ale o tym w kolejnym wpisie.


































Schron nie świadczy usług noclegowych ale w sezonie można kupić tutaj coś ciepłego do spożycia. Historia zabudowań na szczycie Galdhopiggen sięga końca XIX wieku, kiedy to powstał pierwszy drewniany schron. Co ciekawe przez ponad 30 lat funkcjonowały nawet dwa schrony na szczycie: Steinarstugu i Vole-Hytta ostatecznie jednak trudne warunki atmosferyczne panujące na szczycie położyły kres ich funkcjonowania, pierwszy został zniszczony w roku 1961 (Steinarstugu) a drugi w 1970 r.


Przedzierając się przez tłumy idące w przeciwnym kierunku, docieramy do samochodu i czym prędzej uciekamy w okolice Lom by tam spokojnie się ogarnąć i odpocząć – znajdujemy mały parking, na którym organizujemy małe obozowisko i jak jeden mąż padamy rozłożeni na karimatach, drzemiąc w promieniach majowego słońca. Jednak zarywanie nocy w tym wieku nie ujdzie płazem. 😅😀























































