Wylegując się na szczycie wulkanu Cofre de Perote, zacząłem szukać alternatyw dla znalezionych jeszcze w Polsce baz noclegowych przed wyjściem na Orizabę. Plan zakładał wejście od północy drogą klasyczną przez lodowiec Jampa, więc planowałem zatrzymać się w jednej z popularnych miejscówek w okolicach San Miguel Zoapan.

Przesuwając kolejne oferty na Booking’u coraz mniej miałem ochotę zatrzymać się w tamtych okolicach. Nie miałem zbyt dużych oczekiwań ale trafiłem w końcu na przyzwoicie wyglądający hotel w mieście Orizaba – trochę dalej ale gdzie mi się spieszy mam dobry czas, więc dlaczego by planu nie zmodyfikować?
Meksykańskie cmentarze
Zbieram się ze szczytu wsiadam do niebieskie strzały i kieruje się na miasto Orizaba, zatrzymując się po drodze na cmentarzu a potem tylko stacja benzynowa i niespieszne 200 km do miasta o którym nie wiem nic.



Lubię odwiedzać, gdy mam „po drodze” cmentarze w różnych miejscach świata. Cmentarze są księgą danego regionu czy danej społeczności. Kartami owej księgi są poszczególne groby. Cmentarze są przestrzenią zorganizowanym według pewnych reguł, na które składają się zrytualizowane formy pochówku oraz sposoby utrwalania pamięci o zmarłych. Kształty nagrobków i to co, dzieje się na i wokół nich jest odzwierciedleniem relacji żywych z tymi którzy odeszli.
Meksyk samochodem: lokalne atrakcje: burze pyłowe
Po drodze wpadam na burzę piaskową, tragiczna widoczność i do tego wysoka temperatura – raz jeszcze dziękuje za wynalazek klimatyzacji w samochodzie.


Zbliżam się do podnóża wulkanu Orizaba. Dzisiaj mam okazję zobaczyć mój górski cel z dwóch przeciwległych punktów. Z bliska jest jeszcze większy. Mimo iż mam do przejechania tylko 200 km, droga zajmuje mi ponad 4 godziny. 4 godziny wszędobylskiego piachu, upału i dość monotematycznego widoku pustyni, nawet wulkany w oddali przestały robić wrażenie. Zmiana następuje ok. 30 kilometrów od celu. Pustynia ustępuję dość niespodziewanie wielkim połaciom zieleni, drzewa, mnóstwo drzew. W powietrzu czuć świeżość – zapach niedawnego deszczu.
Nawet światło staje się miłe dla oka. Wjeżdżam do miasta Orizaba, gdzie wita mnie stara węglowa lokomotywa pośrodku dwujezdniowej drogi – inne oblicze Meksyku samochodem.


Mimo dużego ruchu, jest cicho. Miasto wydaje się być odrobinę senne jak ze starych westernów. Kierowcy stosują się do kolorów sygnalizacji drogowej, zastanawiam się czy wciąż jest to ten sam Meksyk? Prawie raj, jedyny problem to fakt, że miejsce do którego zaprowadziła mnie nawigacja, nie wydaję się być hotelem, w zasadzie wydaje się być niczym – ot dom z wielkim płotem. Parkuje samochód i szukam mojego noclegu, mojego miejsca gdzie chcę zjeść ciepły posiłek, gdzie mam nadzieję się wykąpać i zasnąć w łóżku.
Dom z wielkim płotem, okazuje się być moim noclegiem – nikt nie mówi po angielsku, ja nie mówię po hiszpańsku. Pokój brzydki, ale jest łazienka, gorąca woda pod prysznicem i dostęp do kuchni.
Oda do turystyczne pyszności: Liofilizaty
Liofilizowany makaron z serem, wydaje się kulinarnym arcydziełem. Taras z widokiem na okoliczne dachy i pobliską górę na którą kursuje kolejka linowa – jest już po zachodzie słońca, więc pewnym nie jestem. Na jutro zaplanowałem dzień szwendania się po mieście, więc sprawdzę czy kolejka naprawdę istnieje.
W kuchni poznaję pierwszego obcokrajowca – dwudziestoparoletni Amerykanin z zachodniego wybrzeża. Mieszka od kilku miesięcy w Meksyku, jest zachwycony i chce tutaj zostać na dłużej, być może na stałe. Jak złe musiało być jego życie w Stanach ?!?
Korzystam z dobrodziejstwa łazienki w pokoju, gorący prysznic jest idealnym zakończeniem długiego dnia. Wyciągam się na łóżku, zamykam oczy, po krótkiej chwili je otwieram i okazuje się że minęło prawie 11 godzin.
C.D.N.
poprzedni wpis: błogie zaleganie na wulkanie: Cofre de Perote


Mam fantastyczny widok na wulkan La Malinche, popielata breja jest czymś podobnym do słodkiego grysiku, do którego zamiast syropu lub owoców dodano miejscowy wulkaniczny popiół. Słodkie i popiołowe zarazem – byłem głodny więc zjadłem i nawet mi smakowało. Gołąbki okazały się być z mięsem, nie jem mięsa przeszło 20 lat ale nie wyrzucam jedzenia, więc wygrzebałem mięso spomiędzy ryżu i zjadłem to co zostało. Wiedziałem że może być słabo z jedzeniem ale tego się nie spodziewałem.
Szybko nabieram wysokości, mijam kolejne wsie, gdzie biały turysta nie jest częstym widokiem. Po kilku a może nawet kilkunastu kilometrach docieram do miejsca, gdzie kończy się asfalt a zaczyna się szeroka i początkowo całkiem wygodna droga polna, trzeba tylko uważać na wystające większe kamienie. Droga w górę staje się coraz bardziej kamienista i zdecydowanie niewygodna. Nie mniej każdy kilometr samochodem to krótszy spacer na szczyt. Mijam kolejne oznaczone cyframi miejsca parkingowe, im niższa numeracja tym bliżej szczytu.
Znajduje miejsce na uboczu tego antenowego centrum nadawczego. Wielka, nagrzana słońcem kamienna płyta będzie idealnym miejscem na błogie leniuchowanie. Wyciągam się wygodnie na skalnym łożu, przede mną iście wyjątkowy spektakl przyrody.

Oszołomiony widokiem majestatycznego wulkanu, którego nawet najpiękniejsze fotografie nie potrafią oddać w pełni, zauważam na horyzoncie jeszcze jednego wyjątkowego aktora.
Na Cofre de Perote spędziłem prawie trzy godziny pełne refleksji i zadumy nad tą potęgą natury. Większość czasu spędziłem w pozycji horyzontalnej łącząc błogi odpoczynek z utrwalaniem aklimatyzacji. Zanurzony w mistycznej aurze tego miejsca, czuję jak myśli zwalniają, zostawiając cywilizacyjne wyzwania.
La Malinche National Park
Oddech jest zdecydowanie zbyt płytki, zegarek wskazuje 3645m n.p.m. a pulsoksymetr natomiast 75% – nie podoba mi się to. Zwalniam, dociera do mnie, że zrobiło się bardzo cicho a otaczająca wokół natura emanuje niesamowitym spokojem, tego mi było potrzeba.
Siedzę na kamieniu, aby odpocząć i zatopić się w ciszy. Wiatr delikatnie szepcze przez szczytowe skały, tworząc hipnotyzujący rytm, który przenika moje zmysły. Roztacza się przed mną spokój i harmonia natury, którego nie doświadczałem od bardzo dawna.
Dla porządku na szczycie, czyli 4464 m n.p.m, saturacja wynosi 86%.
W łazience, jest niewiele lepiej, ale jest woda i papier toaletowy. Pod prysznicem na ścianie wisi informacja iż należy odkręcić lewy kurek i poczekać około minuty aż pojawi się ciepła woda. Dla pewności wchodzę w klapkach i czekam na cud ciepłej wody.
Wracam do bazy, pakuję swój dobytek. Taxi zamówiła pani z obsługi – dziękuję za „Tłumacza Google”. Do lotniska jest dosłownie rzut beretem. Droga na lotnisko w świetle dnia, nie wydaje aż tak niebezpieczna jak można przeczytać w Internecie.
Kieruję się na mój pierwszy meksykański wulkan: La Malinche. Droga robi się naprawdę przyjemna, oczywiście do momentu, kiedy nie zechcesz wysiąść z samochodu – wtedy przypominasz sobie o plusach samochodu z klimatyzacją. Nitka asfaltu wije się po horyzont, w oddali majaczą pierwsze wulkaniczne stożki.




































































































Zdjęcia zrobione, czas schodzić. Słońce miło przygrzewa – droga w dół mija nam szybko. Z miejsca naszego noclegu, zabieramy duże plecaki i oglądając się co jakiś czas żegnamy się z norweskim Mattehornem. W samochodzie przebieramy się i ruszamy dalej, musimy znaleźć miejsce na nocleg – jutro kolejne górskie i nie tylko atrakcje 😊 ale o tym w kolejnym wpisie.















