Home MOJE WYPIĘTRZONE MARZENIAARARAT Raj na ziemi – obóz pierwszy #GóraArarat 1

Raj na ziemi – obóz pierwszy #GóraArarat 1

dodał damian
0 komentarz

Obudziłem się przed budzikiem, średnio wypoczęty – jak na mój gust zdecydowanie za gorąco, obsługa klimatyzacji okazała się wykraczać poza zakres moich kompetencji, do tego poranne nawoływanie muezina i przepis na kiepski poranek gotowy.

Schodzę na śniadanie i tutaj absolutny hit hotelu czyli obfitość i różnorodność najważniejszego posiłku dnia (przynajmniej ja uważam że najważniejszego). Pobudzony śniadaniem i herbatą która była dziwnie mocna, w pełni wróciłem do żywych. Okazało się że kolega z Austrii również zmagał się z klimatyzacją w swoim pokoju i też poddał się w pewnym momencie. Pocieszał się świetnym występem jego drużyny narodowej na EURO – przyznaję rozegrali dobry mecz z Macedonią Północną, nasi mają grać następnego dnia, czego już nie zobaczę (co wyjdzie mi tylko na zdrowie jak się okaże 😂

Śniadanie – najważniejszy posiłek dnia 

Dołączyły do nas również koleżanki z Litwy, które zaciekawione moimi uwagami na temat herbaty z hotelowego termosu, wyjaśniły mi że piję coś jakby skondensowany napar, który w zaparzaczu nabiera mocy. Standardowo nalewa się odpowiednią ilość naparu (w zależności od osobistych preferencji mocy, jednak nie więcej niż 1/3 lub 1/2) do kubka i dolewa się wrzątku – ja piłem natomiast bez rozcieńczania. Już rozumiem dlaczego ta mała herbatka tak skutecznie odsunęła poranne nieogarnięcie. Podsumowanie poranka nie nastraja najlepiej: obsługa klimatyzacji i parzenie herbaty mnie przerosło 😅

Przed wyjazdem z hotelu chciałem jeszcze kupić kartę SIM abym mógł kontaktować się z Agnieszką w Polsce – ostatecznie za długo gramoliłem się w pokoju i karty nie kupiłem. Wyruszamy z hotelu po 10 rano, zaskakują mnie tłumy na ulicach; samochody, motocykle i ludzie. Ni jak nie przypomina to wczorajszych pustych ulic. Nasz bus czeka już koło hotelu.

Wyjeżdżamy z Igdir w kierunku tradycyjnej bazy wypadowej na Ararat czyli miasta Doğubayazıt. W pewnym momencie nasz busik opuszcza główną trasę i wzniecając tumany kurzu przejeżdżamy przez małe wioski rozsiane u stóp Araratu, by ostatecznie kilka kilometrów za ostatnimi zabudowaniami dotrzeć na miejsce startu.  Opuszczamy busa,  zabieramy plecaki i ruszamy w kierunku pierwszego obozu w towarzystwie koni, które niosą nasze torby, namioty i zapasy jedzenia.

Trekking na Górę Ararat czas zacząć

Miejsce naszego startu ulokowane jest na wysokości ok. 2100 m n.p.m.. Mimo dość znacznej wysokości jest gorąco i dociera do mnie że ta góra jest całkowicie bezdrzewna. Początkowo tempo mam dość wolne i zamykam stawkę – ruchliwe jaszczurki przykuwają moją uwagę i staram się w pogoni za nimi zrobić im zdjęcia.

Wyraźna ścieżka pnie się niespiesznie w górę, mijają nas kolejno objuczone konie i ich przewodnicy, jeszcze nie wiem kto z nich należy do mojego zespołu a kto nie. Konie i Ararat w tle to bardzo wdzięczny temat do zdjęć 😍

Po ostatnich dniach, ruch na świeżym powietrzu to bardzo miła odmiana. Od jakiegoś czasu nie wiedzę już jaszczurek, poza końmi, przedstawicielami fauny są owce i kozy, gdzieś w oddali poszczekuje pies. Przyspieszam kroku i wraz z austriackim kolegą wyrywamy do przodu, trzymając się “naszych” ludzi z końmi. Niespodziewanie szybko dochodzimy do obozu. Piszę niespodziewanie, bo założyłem że podejście ma trwać ponad 3 godziny a my po około dwóch zameldowaliśmy się na miejscu. Przeszliśmy ok. 9 km

Obóz I – tak pięknie może być tylko w górach 

Obóz jest fantastycznie ulokowany, w objęciach dwóch potów spływających ze stoków Araratu. Porządku pilnuje ogromny pies-kangal turecki, który wabi się Aygır – mimo monstrualnych rozmiarów, jest skory do zabawy i trzeba tylko uważać aby w ramach zabaw nie zderzyć się z nim w biegu, bo to zawodnik wagi ciężkiej 😁

W namiocie bazowym zawsze czeka gorąca herbata i coś słodkiego 😋 Po obiedzie wybrałem się na krótki spacer ok. 200m powyżej obozu. Z jednej strony wciąż jestem głodny tej góry, nakręcony nowym miejscem, a z drugiej po prostu chodząc czuje się lepiej niż gdy siedzę. Przeskok z poziomu max. kilkuset metrów w Igdir na wysokość obozu I usytuowanego na wysokości ok. 3200 m np.m. jest dla organizmu sporym wyzwaniem i jak sobie z nimi poradzimy to wynik naszych przygotowywań przed wyjazdem ale i prostych zasad których warto przestrzegać w trakcie – kiedyś mam nadzieję zebrać się w sobie i podzielić się na blogu moją wiedzą i doświadczeniem w tym temacie.

Wracając do samopoczucia, ogólnie czuję się dobrze kilka razy odczułem lekki dyskomfort w postaci zawirowania w głowie ale poza tym super. Spacer okazał się bardzo odświeżający. Po powrocie z nową mocą biegam po obozie bawiąc się z psem i napawam się tą piękną górą przede mną.

Przy kolacji, trochę się zasiedziałem i moje krótkie spodenki i koszulka okazały się bardzo nie wystarczające, gdy zaszło słońce. Szybko idę do namiot by naciągnąć merino na siebie, wybieram wygodny głaz i gapię się na miasto i wsie poniżej, które z wolna zalewa ciemność nocy.

Jest już całkowicie ciemno i całkiem zimno (w końcu zimno) gdy w świetle czołówki wsuwam się do mojego ciepłego śpiworka. Dla pewności łykam tabletkę, która przytrzyma dłużej i mocniej Hypnosa.

podobne wpisy

Dodaj komentarz